DINACHARYA EXPLAINED

Myślę, że prawie każdy kto miał do czynienia z ajurwedą, słyszał o ajurwedyjskiej rutynie dnia codziennego, obejmującej zespół prostych praktyk i prawidłowości rytmu dobowego. Od paru lat, z większym lub mniejszym zacięciem, testuje je sama na sobie i muszę przyznać, że coraz więcej rozumiem.
To, co na początku, wydawało się zbiorem abstrakcyjnych zachowań, coraz bardziej się rozjaśnia. W ciągu każdej dobry energie trzech dosz wzrastają i maleją tak rano jak i wieczorem zgodnie ze schematem: od szóstej do dziesiątej przeważa kapha, od dziesiątej do drugiej rządzi pitta i wreszcie od drugiej do czwartej vata. No i co z tego spytacie? Na przykład to, że nasze ciała są naturalnie sprzężone z tym zegarem. Aktywna i ruchliwa energia vaty pomaga nam wstać bez porannego kaca do około godziny szóstej. Po tej godzinie ciało robi się ociężałe i powolne, bo przeważa ciężka i statyczna kapha. Uwierzcie mi, sprawdziłam to nie raz i nie dwa, a mając tej kaphy sporo najmocniej właśnie odczuwam jej poranne podrygi. Bardzo ciężko jest też mi zasnąć, jeśli przegapię godzinę 22:00. Aktywna, ambitna i ognista pitta daje się we znaki i nagle, ni stąd ni zowąd, pojawia się mnóstwo pomysłów na to, co by tu jeszcze zrobić albo, co gorsza, zjeść. Poza tym, jakość snu, który rozpoczyna się przed 22 jest zupełnie inna, a czuć to już zwłaszcza wtedy, gdy od 18:00 zaczniemy powoli wyciszać swoją aktywność. Niemałe to wyzwanie dla współczesnego człowieka, otoczonego mnóstwem świecących gadżetów i zalewanego zewsząd światłem. Moim antidotum jest kultywowanie ciemności zgodnie z naturalnym rytmem dnia. Gdy słońce zachodzi, to światło się kończy. Tak po prostu. Jasne, że nie codziennie mogę sobie na to pozwolić. Przydaje się lampka i świeczki, ale gdy tylko mogę, to czas od 19, 20 poświęcam na czynności nie wymagające zapalonego światła. Lepiej mi się śpi, a moje oczy mają czas na to, żeby odpocząć. Zmieniające się rytmy dosz czuję też wtedy, gdy staję na macie. Moja poranna praktyka to proste, powolne ruchy w zgodzie z ociężałością moje porannej kaphy w ciele. Pewnie, zgodnie z teorią, najlepiej by było trzepnąć sobie z rana pierwszą serię ashtangi i przypuszczam, że są osoby, które tak mogą i im to służy. Zazdro. Ja od rana po prostu powoli się przeciągam jak ten niedźwiedź wychodzący z jaskini. Staram się w tym słuchać siebie. Bardzo pomaga mi poranne oczyszczanie zmysłów: przemywanie oczu i uszu ciepłą wodą, czyszczenie języka, płukanie ust olejem, neti pot od czasu do czasu i energiczny masaż suchą drapiącą rękawicą. Ten ostatni niepozorny proceder, pobudza krążenie w ciele i dodaje energii. A między 6 a 10, to jest moja pierwszorzędna potrzeba. Niektórym osobom większe korzyści może przynieść uspokajająca, nawilżająca i uziemiająca poranna abhyanga.
Poza poprawą jakości snu i obniżeniem rachunków za prąd, dinacharya wspomaga też trawienie, zwłaszcza wtedy, gdy główny posiłek zjemy około godziny 12-13 gdy nasz ogień trawienny (agni) jest najmocniejszy a lekką kolację najpóźniej trzy godziny przed snem. Chodzi głównie o to, by w trakcie odpoczynku, nie zaprzątać sobie "głowy" a może raczej żołądka trawieniem. Nie tylko to, o której jemy, jest ważne. Ważne są również odstępy między posiłkami, i belive me, im więcej powolnie trawiącej doszy kapha, tym dłuższe powinny one być. Poranne wypróżnienia ułatwia szklaneczka ciepłej wody z cytryną. Warto jeść uważnie, z intencją wdzięczności, celebrując własnoręcznie przygotowane posiłki. Ja bardzo lubię jeść rękami, lubię też zamykać oczy, co pozwala mi być bardziej obecną.
W rytm dnia codziennego wpisuje się też praktyka medytacji. Mnie osobiście pomaga ona nie żyć tak sobie z automatu, na pilocie, bez świadomości tego, dokąd zmierzam. Poranne pare minut wewnętrznej ciszy sprowadza mnie do tu i teraz, wspomaga moją umiejętność koncentracji, pomaga skupić się na priorytetach. Gdy potrzebuję się pobudzić, robię pare oddechów kapalabhati, niekiedy praktykuję też hasta mudry albo modlitwę. Wieczorem niekiedy pozwalam sobie na dłuższą medytację.
Praktyki, które tutaj opisuję, przeszły w mojej głowie olbrzymią ewolucję od stadium "wow, będę to robić, bo to takie fajne, takiej ajurwedyjskie" do "robię tak, bo mnie to wspomaga i umacnia"; od naiwnych pytań w stylu "czy najpierw płukać usta czy robić poranny masaż" do "robię tak, jak mi życie pozwala i z uważnością na to, co w tym momencie dla mnie najważniejsze" i wreszcie od "olaboga świat się kończy, bo dzisiaj mi nie poszło" do "jutro też jest dzień i mogę zacząć wszystko od nowa".