EKO SPLEEN... ZE ŚWIATEŁKIEM W TUNELU 
     Masz czasem takie dni? Takie, gdy Ci się wydaje, że to całe lesswaste nie ma sensu? Że Twoje mrówcze i nieporadne wysiłki na nic się nie zdadzą, bo przed chwilą przeczytałaś, że z góry pada plastikowy deszcz albo dowiedziałaś się, że właśnie spłonęło 20% amazońskich lasów, ergo płuc planety Ziemi? Co z tego, że w myślach z największą możliwą premedytacją na jaką Cię stać przeklniesz sobie marionetkowego brazylijskiego prezydenta rodem z telenoweli, skądinąd kolegę po fachu naszych “wspaniałych inaczej” polityków wytrwale zwalczających kornika...Czy coś to zmieni? Na globalną skalę pewnie nic… Niemniej jednak ja jako jednostka postanowiłam negatywnych emocji dłużej nie tłumić, dać sobie je przeżyć po to by w dłuższej perspektywie jakoś tam ostatecznie sobie z nimi poradzić. Efektem mojego przeżywania jest ten tekst tylko dla odpornych ludzi o mocnych nerwach, co się nie boją czyjegoś eko-doła. Ostrzeżeni? No to lecimy…
Ostatnio jestem zmęczona….Zmęczona wyrzutami sumienia, które dręczą mnie przy niemal każdym zakupowym potknięciu, dajmy na to przy zakupie batonika zapakowanego w plastik. Tak, takiego którego inaczej kupić się nie da. Czasem brakuje mi sił, żeby to wszystko przyjąć i zaakceptować w świecie, który w żaden sposób ekologicznych wyborów nie wspomaga. Wielorazowa butelka obok wielorazowego pudełeczka na pieczywo razem z wielorazowym woreczkiem na warzywa i owoce, które zawsze noszę w plecaku okazują się niewystarczające. Jednorazowy odpad funduje wielorazowe poczucie winy…
Ostatnio brak mi eko-sił na eko-wycieczkę na eko-bazarek z eko-woreczkami eko-transportem publicznym. Brak mi też na to kasy. I dobija mnie fakt, że w okolicy takich zakupów nie zrobię a już na pewno nie kupię żadnych zielonych liściastych dobroci o ile nie zaplanuje sobie wycieczki przez pół Warszawy. A tak w gruncie rzeczy żadnej pewności nie mam, co do tego w jakich opakowaniach rzeczony szpinaczek czy rukola na bazarek zawędrowały. Czyżby owinięte w dużą plastikową foliówkę? Bo lżej i taniej  Ech, walka z wiatrakami, słowo daję…
Ostatnio zaczynam nawet wątpić czy to, co niegdyś brałam z góry za ekologiczne rzeczywiście takie jest? Dajmy na to: samodzielne robienie kosmetyków w domowym zaciszu… Z zasady taki proceder generuje co jakiś czas jakieś tam internetowe zakupy. Sprzedawcy półproduktów mniej lub bardziej dbają o bezodpadowe zapakowanie przesyłki. Tak, możesz wykorzystać te opakowania wielokrotnie, pozwalając na to by Twoje malutkie mieszkanie na czas nieokreślony zamieniło się w cmentarzysko plastikowych opakowań z odzysku. Generalnie wszystko możesz…. Możesz zamiast ukochanych ajurwedyjskich ziółek użyć własnoręcznie zebranych polskich odpowiedników, żeby nieco zmniejszyć ślad węglowy Twojego kosmetyku… Pewnie, że możesz… Możesz uprościć recepturę, możesz się podzielić z innymi, możesz zredukować swoją codzienną pielęgnację do minimum… Tylko, że generalnie rzecz biorąc i globalnie sobie myśląc, lepiej by było nie robić żadnego kosmetyku. Nie byłoby odpadów ani zużycia energii. Kto wie, może skóra sama wróciłaby do równowagi? Nie, nie byłoby szansy na alchemiczną zabawę, na naukę, na wyrażanie siebie.
Ech… A podczas gdy ja tak sobie rozkminiam miliardy ludzi kupują sobie właśnie miliony kosmetyków. Pewnie jeszcze co sekundę…
EPILOG: ŚWIATEŁKO W TUNELU
Długo się zastanawiałam czy w ogóle dzielić się tym dołującym tekstem powyżej, który rzeczywiście powstał jednego z tych gorszych dni. Ostatecznie opublikowałam go jednak głównie po to by pokazać swoją ludzką twarz. Twarz osoby, która chociaż na co dzień się stara i robi dobrą robotę, to niekiedy popełnia błędy i opada z sił. Osoby której daleko do pomieszczenia wszystkich swoich wyprodukowanych w rok śmieci w jednym pojemniku niczym Bea Johnson i która często zastanawia się, czy stawianie sobie takich wygórowanych indywidualnych wymagań jest w tym całym eko-życiu najważniejsze. Nie wiem, może ktoś ostatnio poczuł się podobnie. W moim odczuciu ciężkie momenty pełne bardzo przyziemnych wątpliwości dodają moim staraniom autentyczności. Jak mawia Pepe Mujica, przegranymi są Ci, którzy przestają walczyć a ja nadal będę robić co w mojej mocy, aby żyć jak najbardziej w zgodzie z moimi wartościami. Być może stwierdzenie “co w mojej mocy” jest w tym wszystkim zgoła najważniejsze. I jeszcze: "nie od razu Rzym..." Powoli, uparcie do celu, mimo porażek i przejmując się tylko tym, na co mam realny wpływ.

© Copyright martalebre