MÓJ BRZUCH, MOJA SPRAWA


       Tak, mam brzuch. Duży i okrągły. Nie od wczoraj to wiem, ale od bardzo niedawna go nie chowam i intensywnie pracuję nad przyjęciem go i pokochaniem. Bywa wzdęty, czasem sobie swobodnie bimba a czasem rozciąga na boki, gdy zapracuję mięśniami. Niemniej jednak, zawsze go widać. Wczoraj była pełnia - katharsis idealna do tego, żeby puszczać to, co nam więcej nie służy. Niech ten tekst będzie uwolnieniem się z klatki czyichś oczekiwań na temat mojego brzucha i bardziej ogólnie, mojego ciała w ogóle.         

Zacznę od początku. Skąd w ogóle pomysł na wciąganie brzucha? Flashbacki "niewinnych" komentarzy z przeszłości i teraźniejszości. "Kawał baby się z Ciebie zrobiło" - mawiała babcia. "Ale bebzun" - powtarzał w żartach tata. "Przytyło Ci się"  - deklarowała na przywitanie koleżanka. "Dobrze, że masz taki biust, bo inaczej ten brzuch by było bardziej widać" - mawiał amant z przeszłości."Ale dlaczego tak wyglądasz skoro mięsa nie jesz?" - chwila niedowierzającej refleksji. "Trzeba przejść na dietę" - taka rada prosto ze współczującego serca. "Za dużo słodyczy" -  kolejna diagnoza moich zaburzeń. "Ale Ty nigdy nie będziesz taka jak X, no zobacz na swoich rodziców" -  otwierała mi oczy kochająca ciocia. "Taki wklęsły pępek jak Ty mają tylko grubasy" - podpowiadali kuzyni. "Marta, ale Ty schudłaś" - słyszałam wtedy, gdy było mnie za co miłosiernie pochwalić. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze bombardujące zewsząd anonimowe "dobre intencje": od ustępowania miejsca w autobusie i tramwaju poprzez wiele mówiące bilbordy uosabiające jedyny właściwy ideał piękna aż do artykułów w stylu: "Jak w trzy tygodnie powrócić do rozmiaru 38 i być na nowo sobą". Ech...         

        Dzisiaj na to reaguję, szczerzę kły i ironizuję na temat czyjegoś prawa do komentowania moich kształtów a jeśli nie pomaga, po prostu ograniczam kontakty do niezbędnego minimum. Niestety jednak to, co dzisiaj odczuwam jako delikatne zadrapanie, kiedyś tam w odległej przeszłości zostawiło głęboką bliznę. Dzisiejsza ja jest "przedłużeniem" tej okrąglutkiej dziewczynki z przeszłości. Małej, bezbronnej i wrażliwej. Tej, na którą wuefistka-sadystka lubiła się wydzierać, bo ta nie była wystarczająco sprawna. Tej, której w ósmej klasie przez drakońskie diety zatrzymała się miesiączka. Tej samej, która wierzyła, że jeśli zawsze będzie robić to, czego wymagają od niej inni, to może wreszcie poczuje się akceptowana. Pare lat później, gdy urodowe standardy jeszcze bardziej wyśrubowano, zaczęło się wciskanie na siłę w przymałe, obcisłe jeansy i nawykowe wciąganie brzucha.Trochę tak jakbym nieustannie nosiła niewidzialny gorset. Wraz z nim przyszły problemy trawienne i krążeniowe i już ze mną zostały.           

        Moje przyjaciółki z tamtego okresu były fizycznie kompletnym przeciwieństwem mnie, co dodatkowo pogłębiało moje kompleksy (oczywiście w żaden sposób ich za to nie winię). Pojawiło się milion pseudo-recept na to jak jeszcze bardziej nie być sobą: "Jedz pięć razy dziennie", "Ogranicz warzywa korzeniowe", "Przejdź na soki", "Przejdź na surówki", "Zero oleju w diecie", "Noś tylko czarne kolory i podłużne paski" itp, itd. Waga skakała raz w górę, raz w dół. Prawdziwą gehennę przechodziłam w trakcie podróży. Nawykowe zaciskanie mięśni brzucha potrafiło być na tyle mocne, że nie jeden wyjazd zamieniło w koszmar. Nigdy nie zdiagnozowano u mnie zaburzeń jedzenia, chociaż zagubiona w tym wszystkim kompulsywnie zajadałam niewygodne emocje. Straciłam kontakt z uczuciem głodu i sytości.      

      To, że w tym momencie mojego życia tak mocno skupiam się na przyjęciu siebie taką, jaką jestem, zawdzięczam paru dość szczególnym spotkaniom z sobą poprzez ajurwedę, jogę i kręgi kobiet. Dokładniej rzecz ujmując, chodzi mi o moje "drugie", bardziej pogłębione spotkanie z holistyczną medycyną Indii rozumianą nie jako zbiór sztywnych zasad, do których mam się koniecznie dostosować, ale raczej jako wielowymiarowy trening uważności i poszukiwania swojej własnej równowagi. Holistyczna teoria piękna również mocno mnie tutaj prowadzi. Z jogą było podobnie. Potrzebowałam czasu, żeby odnaleźć w niej to, co najbardziej mnie wspomaga. Okazało się, że mogę praktykować z poszanowaniem dla mojego ciała i jego możliwości, dostosowując asanę do siebie a nie siebie na siłę do asany. Adze Wielobób zawdzięczam to, ze nauczyła mnie tym moim brzuchem pracować <3 Po ponad dwóch latach pogłębionej praktyki mogę z ręką na sercu przyznać, że przewlekłe bóle odcinka lędźwiowego odeszły w niepamięć. Innymi słowy: poprzeczny rządzi. Last but not least. W bezpiecznej przestrzeni kręgu powolutku odzyskiwałam kawałki mojej zablokowanej kobiecości: moją intuicję, świadomość mojej cykliczności, moje zablokowane emocje i moją miłość własną. Coś mi mówi, że one wszystkie zostały kiedyś dawno uwięzione właśnie w tym ściśniętym na siłę brzuchu.


PS To zdjęcie zrobiła mi parę miesięcy temu a fotografa Natalia Sajewicz​, ale chociaż jest piękne wstydziłam się go opublikować. Teraz to puszczam. Wolny brzuch forever!