MIEJSCE MOCY

            Pamiętam ten pierwszy zachwyt. Wow...Taka dzicz niemal w samym centrum Warszawy? Wierzyć mi się wtedy nie chciało, ale będę dozgonnie wdzięczna przesympatycznemu Panu Pawłowi vel Weganon (super bloga prowadzi) za zorganizowanie darmowego (sic!) spaceru i podzielenie się swoją wiedzą w tak pięknych okolicznościach przyrody. 

           Od tamtego czasu zawsze tu wracam. Coś mnie tutaj ciągnie, świątek, piątek czy niedziela. Stąd czerpię siłę i chociaż miejsce pozostaje niemal to samo (niestety na jednym z krańców zaczęli coś niepokojącego budować, ale po prostu staram się o tym nie myśleć), to ja za każdym razem postrzegam je inaczej. A to jak “pole minowe” - wtedy gdy nauczyłam się rozpoznawać szczwół plamisty i uświadomiłam sobie ile morderczej dla człowieka siły drzemie w tych zaroślach. Innym razem jak wonny raj - gdy zaczęłam na własną rękę pozyskiwać żywicę sosnową, świerkową i moją ukochaną modrzewiową. Wtedy wracałam stamtąd z ubabranymi i pokaleczonymi palcami, ale szczęśliwa dzięki moim małym pachnącym skarbom. Przeróżne rzeczy mi się tutaj przydarzyły: od dwukrotnej próby molestowania po przelotną znajomość ze współczesną “Jane” z nadwiślańskich chaszczy poprzez niespodziewane spotkania z sarenkami, bażantami i zaskrońcami aż po chwile głębokich, medytacyjnych uniesień; coś jak na zdjęciu. 

          Był taki okres gdy czerpałam z tego miejsca garściami: jabłuszka na ocet, jeżyny na deserek, żółciak siarkowy do gara, dziurawiec na macerat, korzeń mniszka na kawusie, psianka do szamponu i tak bez końca. Roślinne przekąski, dzięki Bogu, przynajmniej częściowo ograniczyły mój pęd do słodyczy. Czułam się w tym wszystkim jak mały odkrywca, który za każdym razem, poznając doświadczalnie nowe zioła - ich smaki i zastosowania - zmienia swój świat na lepsze. Wiedziałam z dokładnością gpsa gdzie co rośnie. 

          Ale, ale...W pewnym momencie tak się w tym zapętliłam, że praktycznie każdą wolną chwilę poświęcałam na przerabianie przeróżnych surowców. Posiadłam dzięki temu, jak sądzę, dość rozległą wiedzę, ale dopiero z czasem nauczyłam się umiaru. Za to co zbiorę, czuję się najzwyczajniej w świecie osobiście odpowiedzialna i nie chcę odbierać życia żadnej, choćby tyciej czy hiperinwazyjnej roślince a potem pozwalać, żeby się zmarnowała. To nie fair. Nie chcę występować z perspektywy najeźdzcy, któremu wszystko wolno. I last but not least, nie chcę odbierać życia również sobie, bo co to za przyjemność, gdy generuje przemęczenie i frustrację. Czasem lepiej kwiatek powąchać niż go zrywać. Tak po prostu zachwycić się, że jest. Jeszcze jest.

           Parinama. Wszystko przemija. Rośliny wzrastają, kwitną, wydają owoce i usychają. Z nami jest podobnie, tylko w nieco innej skali. Ostatnio coraz częściej słychać głosy, że tego czasu mamy dużo mniej niż nam się wydaje. Gdzieś pod skórą czuję, że ten czas by tylko brać, powoli się kończy. Dlatego z mojego miejsca mocy czerpię energię do tego by również z siebie coś dać. Voila!

PS 1 Zdjęcie autorstwa Natalii Sajewicz sprzed paru tygodni. Telefon tym razem bardzo opatrznie się rozładował i dobrze się stało :)

PS 2  Dzisiaj z mojego miejsca mocy wzięłam sobie gorzkie kwiaty cykorii podróżnik, miodowe kwiatki dziewanny i - gwóźdź programu - morwę w mojej ulubionej kwaśno-słodkiej fazie. Były też zbiory do kosmetyków i orzechowej naleweczki, ale z głową i z umiarem. W zamian napisałam to, co teraz czytasz.

© Copyright martalebre