OFF LINE

          Jest taka suficka praktyka, której uczy Maciek Wielobób: szukanie dobrego w złym i złego w dobrym. Przez ostatni tydzień - po tym jak pękła mi lesswastowa butelka do wody zalewając przy okazji telefon - miałam okazję jej doświadczyć w pełnej krasie.

     Na początku był dramat. W "smartfonowym" świecie bez telefonu przecież ciężko. Przelewu się nie zatwierdzi, zdjęcia nie zrobi, nic na facebooku nie skomentuje, no i oczywiście nikt do nas nie zadzwoni i vice versa. W sytuacjach skrajnych, jak by nie mówić, pozbawiamy się pewnego rodzaju zabezpieczenia. Niemniej jednak, sporo też zyskujemy. I mówię to z całym przekonaniem ja ekstremistka, miłośniczka złotego środka bardziej w teorii niż w praktyce. Ta co "tak trochę", "tak od czasu do czasu", "tak z umiarem" nie potrafi. I dotyczy to zarówno czarno-białych relacji międzyludzkich jak i paczki ciastek albo korzystania z mediów społecznościowych. Z ręką na sercu, łatwiej mi się żyje, gdy nie dostaję setek powiadomień z facebooka dziennie. Gdy bank mnie radośnie o wszystkim nie informuje i gdy nie dzwonią do mnie non stop z jakąś durną ofertą reklamową :) 

     Fakt, pewnie nie odpiszę od razu na komentarze. Owszem, ze względu na słynny facebookowy algorytm od tygodnia sukcesywnie spadają mi  zasięgi. Taki trochę samobój biznesowy :) Bywa, że nie wiem, która godzina a męża muszę prosić o nastawienie alarmu. Musiałam też wydrukować bilety (na papierze z odzysku ale zawsze). Pewnie ominęło mnie pare fajnych ewentów, kilka zagorzałych dyskusji, może i ktoś ważny się do mnie nie dodzwonił. Ja sama, spóźniając się około pół godziny na grupowe zajęcia ruchowe, w których uczestniczę, nie mogłam w żaden sposób dać znać o spóźnieniu. No i e-booków też raczej nie miałam okazji poczytać. 

     Ewidentnie moja strata, ale też ile w tej stracie zysku. Ile spokoju, ile przestrzeni dla siebie, ile wytchnienia od natłoku często zupełnie mi niepotrzebnych informacji. Jaki to jest przyjemny detoks dla oczu i szyi i nadgarstków. Ile mniej szkodliwego promieniowania. Jaka skuteczna forma oszczędzania, bo przecież zakupy przez internet odpadają. Listy rzeczy do zrobienia spisywane na smartfonie odchodzą w zapomnienie. Tak samo jak te wszystkie zapiski, notatki, informacje, do których koniecznie miałam później wrócić.  Zamiast uwieczniać chwile zdjęciami, po prostu żyję chwilą. Zamiast polegać na aplikacjach staram się zapamiętać drogę. Zamiast coś komuś pokazywać, po prostu mu o tym opowiadam.  Zamiast patrzeć w metrze w komórę, patrzę ludziom w oczy i jakoś częściej się uśmiecham. Tyle tego zysku w stracie. 

     I tak sobie myślę: co to za świat, w którym nieposiadanie okazuje się tak cenną wartością? Czy naprawdę musiałam aż stracić telefon, żeby uświadomić sobie to chorobliwe wręcz zapętlenie? A może to tylko ja nie potrafię korzystać ze zdobyczy współczesnej cywilizacji? Tak czy siak, znalazłam na tyle dobrego w złym, że pozostanę przy starej dobrej "cegle". Bye bye smartfon!