PANCHAKARMA NA WŁASNEJ SKÓRZE


 PANCHAKARMA NA WŁASNEJ SKÓRZE   CZ. I - OCZEKIWANIA I PLANY


           Moja panchakarma była przede wszystkim głębokim procesem duchowym i nie inaczej się zaczęła. Usiadłam na stole do masażu a doktor Sanskriti złapała mnie za rękę i odmówiła modlitwę. Ten moment zapamiętam na zawsze, bo uświadomił mi, że poddaję się głębokiemu holistycznemu procesowi, który bynajmniej nie dotyczy tylko i wyłącznie ciała. 

           Nie będę ściemniać, mimo szczegółowej informacji o tym, co będzie się ze mną działo oraz wnikliwych lektur poprzedzających samą terapię, miałam pietra. Ufałam niemal bezgranicznie lekarzom, pod których opieką się znajdowałam, ale miejsce było dla mnie nowe a moi najbliżsi daleko. Zaufanie, które czułam, było pokłosiem wstępnej rozmowy z doktor Sanskriti jeszcze w Polsce. Lekarka, po wstępnej diagnozie, dała mi wówczas szereg zaleceń, które okazały się niezwykle skuteczne i znacznie poprawiły jakość mojego życia. Nie oszukujmy się, miałam w związku z powyższym przed panchakarmą całą masę oczekiwań a propos tego, co powinno się zdarzyć. Ponad rok zaciskałam pasa by móc w ogóle tam pojechać (nie, tam nie jest drogo, po prostu ja zarabiam sobie powolutku). Miałam wówczas takie poczucie, że jeśli panchakarma mi nie pomoże, to koniec. Nie chciałam się dłużej męczyć z problemami trawiennymi, które mi bardzo doskwierały, zwłaszcza w trakcie podróży. Były na tyle uciążliwe, że właściwie obrzydzały mi każdy dłuższy wyjazd :( Chciałam też skończyć raz na zawsze z trądzikiem, który mimo tylu wysiłków z mojej strony - zmiany w diecie, rewolucja w pielęgnacji, regularna praktyka relaksacji i diametralne ograniczenie poziomu stresu w moim życiu - zawsze w jakimś tam stopniu powracał. Mało tego, oczekiwałam, że po panchakarmie moje przyswajanie poprawi się na tyle, że najzwyczajniej w świecie moje cienkie włosy zaczną być grube a moje zęby (notabene podniszczone pastą z sodą oczyszczoną) zauważalnie wzmocnią się. Myślałam sobie też, że panchakarma sama w sobie da mojemu ciału tyle siły, że uchroni je przynajmniej na lata od wszelkich (sic!) chorób. I jeszcze jedno: panchakarma miała mi pomóc w przysłowiowym wzięciu spraw w swoje ręce i w otworzeniu własnej firmy. 

          Wróćmy jednak do samego początku. Plan dwutygodniowej panchakarmy, który ustaliła dla mnie Pani doktor wyglądał następująco: przez pierwszy tydzień miałam codziennie godzinną abhyangę a więc specjalny masaż olejowy przenoszący amę w kierunku miejsc, z których najłatwiej ją usunąć. Przez następne około pół godziny byłam poddawana zabiegowi shirodhara, podczas którego ciepły olej wylewany jest ze specjalnego naczynia (na zdjęciu) w okolice trzeciego oka. Następnie szłam do pomieszczenia obok na bashpa svedanę, gdzie siadałam w specjalnej bani parowej i czekałam aż moje ciało zacznie się intensywnie pocić. Ostatnim elementem była nasya poprzedzona masażem zatok i wdychaniem pary. Do nosa wkraplano mi różne ekstrakty ziołowe albo olejki o działaniu oczyszczającym i odżywczym. Codziennie rano przyjmowałam też lecznicze ghee, każdego dnia w coraz większej dawce. Ten okres terapii tradycyjnie określa się jako purvakarmę a więc przygotowanie do właściwych zabiegów. Po tygodniu przygotowań i po wnikliwej obserwacji dr Sanskriti podjęła decyzję o zastosowaniu najpierw leczniczych wymiotów a więc vamana. Następnie po dniu przerwy miałam mieć virechanę, nazywaną eufemistycznie “toilet procedure” a przez następne trzy dni znowu abhyangę, shirodarę, svedanę i nasyę w połączeniu z leczniczą lewatywą czyli basti. 

          Plan planem a życie niekiedy toczy się po swojemu. Jeśli łakniecie więcej technikaliów na temat ajurwedyjskiego oczyszczania, zapraszam do lektury tego artykułu: https://www.martalebre.com/O-PANCHAKARMIE-TEORETYCZNIE.php


PANCHAKARMA NA WŁASNEJ SKÓRZE   CZ. II - PURVA KARMA


          Mianem purvakarmy określa się tradycyjnie ten okres terapii, gdy pacjent jest przygotowywany do właściwych zabiegów. Godzinny masaż abhyanga, będący - razem z przyjmowaniem ghee -  jednym z elementów snehany a więc olejowania, również w moim przypadku rozpoczynał całą terapię. I tak jak się spodziewałam, nie przypominał wcale delikatnego i relaksującego głaskania a miejscami (tam gdzie mam najwięcej tkanki tłuszczowej) był dla mnie nawet całkiem bolesny. Masażysta używał naprawdę niewielkiej ilości oleju, ale za to bardzo dokładnie wcierał go w ciało. Przypuszczam, że obie te kwestie - siła dotyku i ilość oleju - były w jakimś stopniu uwarunkowane moim prakriti czy vikriti. Powiedziałabym, że to nogi i ramiona były najdłużej i najdokładniej masowane. Masaż rozpoczynał się od prawej nogi a kończył na plecach i głowie (shiroabhyanga). Sygnałem do rozpoczęcia i zakończenia abhyangi była trzykrotnie powtórzona mantra om. W trakcie godzinnego zabiegu ze specjalnego “radyjka” również leciała cały czas mantra, której niestety nie udało mi się potem odszukać w sieci. Po abhyandze czułam się różnie. Moje ciało z każdym dniem reagowało coraz lepiej, na ostatnie z masaży już nie mogłam się doczekać, ale na samym początku w okolicy ud pojawiły się nawet małe siniaki. W Indiach skręciłam też kostkę, która ku mojemu zdziwieniu nadal była delikatnie masowana. Moja skóra po abhyandze była bardzo przyjemnie nawilżona, ale nie tłusta. Po całej serii zabiegów wyraźnie poprawiło się krążenie, nogi wysmukliły się a skóra - przyjemnie napięta. To rozluźnienie przeniosło się bezpośrednio na moją praktykę jogi: łatwiej mi było w skłonach i w niektórych pozycjach stojących. Taki masaż bardzo mi służył.

          Zabieg shirodhary był następnym w kolejności. Moją głowę układano na specjalnym kole i w okolicę trzeciego oka lano ogromne ilości leczniczego oleju, który następnie spływał po głowie, sprytnie omijając uszy i oczy. Zwracam uwagę na ilość oleju, dlatego że - ku mojejmu ogromnemu zdziwieniu - była ona dla mnie problemem. Zazwyczaj lubię być dobrze naolejowana, ale w trakcie shirodhary nie raz chciało mi się po prostu wymiotować z nadmiaru oleistości w głowie. Przeżywałam też niejednokrotnie trudne chwile zniecierpliwienia, nerwowości, pobudzenia, które na szczęście skutecznie neutralizowała doktor Sanskriti swoim przepięknym śpiewem. Wiem, że mantrowała fragmenty z Bhagavad Gity oraz z Upanishady Iśa (zamieszczam poniżej nagranie, które niestety tak piękne jak Jej śpiew nie jest), zaczynającej się w ten sposób:


oḿ pūrṇam adaḥ pūrṇam idaḿ pūrṇāt pūrṇam udacyate

pūrṇasya pūrṇam ādāya pūrṇam evāvaśiṣyate 


Tamto (jest) pełne, to (jest pełne)

z pełni pełnia się dobywa

Wziąwszy pełnię (z) pełni

jedynie pełnia pozostaje. (tłumaczenie Niny Budziszewskiej zamieszczone na portalu Joga ABC)

 

Om! Tam oto pełnia, to wszystko tutaj pełnia,

Z pełni wyłania się pełnia i znów pełnią pozostaje,

Z pełni połączonej z pełnią. (tłumaczenie Marty Kudelskiej z drugiego wydania “Upaniszad’ z 2004 roku)

 

 

          Po trzecim dniu Shirodhary wróciłam do domu naprawdę podominowana, ale nie starałam się jakoś na siłę tego zmieniać. Pozwalałam sobie na łzy, na smutek. Wiedziałam, że te wszystkie moje odczucia stanowiły część głębszego procesu uwalniania blokad z umysłu i dopuszczania do siebie emocji związanych ze stresem, niepokojem czy brakiem pewności siebie. Zabieg kończył się zawsze nałożeniem specjalnej chustki na głowę, która miała jeszcze przez jakiś czas utrzymać olej na głowie.

          Co do nasji, zdecydowanie najsilniej odczułam pierwszą aplikację. Pamiętam, że dostałam wtedy końską (30 ml) dawkę oczyszczających kropli do nosa i wracając do domu, w trakcie około półgodzinnego spaceru wysmarkałam całą paczkę chusteczek. Wydzielina, która wydostawała się z nosa była koloru białego i nie przypominała standardowego kataru. Zaraz po wyjściu z kliniki czułam się bardzo słabo, była spuchnięta, czerwona, piekły mnie nozdrza i czułam napięcie w okolicy oczu. Ogólnie byłam bardzo zmęczona i zdezorientowana (wszechobecne klaksony mi wtedy z całą pewnością nie pomagały), ale jednocześnie zauważyłam spore rozluźnienie w okolicy barków. Po zakończeniu wszystkich nasya w oczach pojawił się blask a wieczne worki pod oczami nieco się zmniejszyły. W ajurwedzie mówi się, że nos to wrota do umysłu i z czystym sumieniem mogę to potwierdzić, bo “lekkość”, która pojawiła się w moim sposobie myślenia po zakończeniu całej panchakarmy, po prostu nie wzięła się znikąd. 


https://www.youtube.com/watch?v=0Pn5oo24THM



PANCHAKARMA NA WŁASNEJ SKÓRZE CZ. III - PANCHAKARMA WŁAŚCIWA i JEJ EFEKTY

 

         Po purvakarmie i nasya przyszedł wreszcie czas na właściwą panchakarmę , w moim przypadku vamanę, virechanę i basti. Kolejność nieprzypadkowa - z obserwacji doktor Sanskriti wynikało, że to właśnie kaphy, zresztą zgodnie z moją pierwotną konstytucją, nagromadziło się najwięcej a to właśnie lecznicze wymioty czyli vamana najskuteczniej ją równoważą. Więcej technikaliów nt. panchakarmy w tym artykule: https://www.martalebre.com/O-PANCHAKARMIE-TEORETYCZNIE.php

          Dzień przed vamaną dostałam dość szczególne zalecenia dietetyczne: na kolację miałam zjeść podwójną porcję ciężkich dań a następnie wszystko to popić lassi. Dostałam nawet dyspensę na mango lassi, co z ajurwedyjskiego punktu widzenia zakrawa na jakieś totalne świętokradztwo, gdyż w ajurwedzie z zasady nie łączy się nabiału z owocami. Wszystko to jednak miało w gruncie rzeczy jeden cel a mianowicie zgromadzić kaphę w żołądku i jeszcze lepiej przygotować moje ciało do oczyszczenia. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Obudziłam się tamtego dnia o trzeciej w nocy “bardzo bardzo” gotowa do zabiegu, że to tak eufemistycznie ujmę. Sam zabieg vamany rozpoczął się modlitwą i chociaż z całą pewnością nie był najprzyjemniejszym doświadczeniem w moim życiu, to nie taki diabeł straszny. W przeciągu około 20 minut wypiłam bardzo dużą ilość płynów: dwie szklanki soku z trzciny cukrowej, około dziesięciu szklanek mieszanki tataraku z lukrecją plus czarną, gęstą maź (podejrzewam wymiotny gęstrzan zaroślowy), która ewidentnie do najsmaczniejszych nie należała. W tym miejscu pewnie mogłabym podzielić się szeregiem dość intymnych szczegółów o tym jak to dokładnie przebiegało, ale czuję, że w ten sposób naruszyłabym pewne delikatne granice mojej prywatności. Napiszę więc może tyle, że dla mnie osobiście najmniej przyjemnym momentem było wypicie na sam koniec dwóch szklanek słonej wody. Heroiczny to był czyn! Po samym zabiegu przez pare godzin bolała mnie też głowa i gardło, czułam ogromną senność (a nie wolno mi było spać) a następnego dnia również ból w plecach na wysokości żołądka właśnie. Według mojej pani doktor “it was a very successful vamana”.

         Następny dzień był dla mnie dniem odpoczynku i przygotowania do następnego zabiegu: virechany zwanej popularnie “toilet procedure”. Zalecenia dietetyczne były zbliżone do tych sprzed vamany więc znowu wczesnym rankiem czułam się bardzo ciężko. Nie wdając się jednak nadmiernie w szczegóły, w moim przypadku przeprowadzenie tego etapu w takiej postaci, w jakiej zostało to na początku ustalone, okazało się niemożliwe. Panchakarma z zasady ma przywrócić organizm do pierwotnej równowagi a nie pogorszyć jego funkcjonowanie a takie było wówczas ryzyko. Mój organizm zareagował w sposób, który niejako wymusił zastosowanie słabszych środków w mniejszej dawce. Na poziomie umysłu natomiast był to dla mnie ciężki cios, oznaczający z jednej strony konieczność pogodzenia się z oporem ze strony ciała i weryfikacji wstępnych, i jak pisałam w pierwszej części, dość wygórowanych oczekiwań a z drugiej dający szansę i przestrzeń na pogłębienie akceptacji samej siebie. Jakkolwiek dziwnie może to zabrzmieć to łzy, które wtedy poleciały, pozwoliły mi uświadomić sobie, że gro spraw, które chciałam sobie przy pomocy panchakarmy “rozwiązać“ i “załatwić” stanowiło po prostu część mojej natury i było do pewnego stopnia “nienaprawialne”. Jeszcze jedną, być może najważniejszą, lekcją, którą wtedy wyciągnęłam było uświadomienie sobie, że najważniejszą siłę uzdrawiającą noszę sama w sobie a opiera się ona na dwóch podstawowych filarach: zaufaniu do siebie i uważności. Może gdybym od początku mocno ufała sobie, zwracałabym jeszcze większą uwagę na dietę podczas purvakarmy i panchakarmy właściwej. Może wtedy wszystko przebiegałoby inaczej. Nie wiadomo. Lekarz, obojętnie jak świetny by nie był, nie wie o nas wszystkiego. Nie zna naszej wrażliwości, nie ma takiej świadomości naszego ciała, jaką my mamy. A gorzka pigułka zawsze najlepiej leczy.

         Basti (lecznicza lewatywa) ze wszystkich trzech karmas było dla mnie najlżejszym zabiegiem. Odbyło się w trzech seriach poprzedzonych godzinną abhyangą. Myślę, że zaufanie, jakim obdarzyłam doktor Sanskriti, bardzo pomogło mi praktycznie bezproblemowo przejść przez ten zabieg. Może to zabrzmieć dziwnie, ale gdy moja panchakarma dobiegała końca, było mi po prostu przykro, że to już. Przez cały ten okres miałam wrażenie, że ktoś cały czas o mnie dba i stara się w bezpieczny sposób przywrócić moje ciało do równowagi. W trakcie ostatniej konsultacji ustaliłam z moją panią doktor dietetyczne i lifestylowe zalecenia na przyszłość. Dostałam też jeszcze syrop oczyszczający, trochę naturalnych lekarstw i suplementów ziołowych, w tym rasajany (substancje odmładzające), które brałam przez okres około dwóch miesięcy. Doktor Sanskriti pożegnała mnie mówiąc, że po panchakarmie pacjent jest jak miska z czystą wodą i cokolwiek do niej wleje, na taki kolor się ta woda zabarwi. Prawda to była.

         Od mojej panchakarmy minęło już pare miesięcy więc myślę, że spokojnie mogę pisać o tym, jakie były dla mnie jej wymierne efekty. Po pierwsze i najważniejsze: poczułam lekkość na poziomie umysłu. Trochę tak jakbym nagle zaczęła korzystać z pełni swoich zasobów i dzięki temu swobodnie wyrażać siebie. Nie mogę stwierdzić, że był to tylko i wyłącznie wpływ tej terapii oczyszczającej, bo jednocześnie wspierałam się jogą, kobiecymi kręgami, sufickimi praktykami medytacyjnymi. Niemniej jednak panchakarma miała w tym swój niemały udział. Z lekkością umysłu przyszła też lekkość ciała i przypływ energii, szczególnie w okresie dwóch, trzech tygodni od zakończenia terapii. Poprawiło się trawienie, praktycznie bezwysiłkowo straciłam pare kilo. Nic jednak nie trwa wiecznie, więc w tym miejscu chciałabym przestrzec wszystkich tych, którym wydaje się, że po panchakarmie można sobie bezkarnie jeść wszystko. Można, tylko wtedy nasza misa zabarwi się znowu tym, co będziemy spożywać. Śmieciowe jedzenie, śmieciowi my. Nie ma przed tym ucieczki. Moja cera po panchakarmie także nabrała blasku, chociaż w okresie od razu po samej terapii wyglądała po prostu strasznie. Zmiany pojawiły się w miejscach gdzie nigdy wcześniej ich nie było. Uczciwie dodam też, że niektóre problemy natury kapha się u mnie nasiliły, ale daleka jestem od obwiniania za to samej terapii. Pogorszył się stan moich zatok, które ostatnio dokuczały mi w taki sposób chyba w dzieciństwie. Z jednej strony dużo blokującego śluzu zeszło z głowy, zmniejszyły się worki pod oczami, ale z drugiej często rankiem mam takie wrażenie przyblokowania obszaru powyżej oczu oraz zatkanych uszu. Sama widzę to tak, że najwidoczniej coś podczas panchakarmy zaczęło się na tym obszarze naprawiać, ale cały ten proces nadal trwa. Druga moja hipoteza jest taka, że zyskałam więcej uważności, która pozwala mi teraz więcej rzeczy sobie łatwiej uświadamiać.

 

UWAGA! W tekście powyżej wyraziłam swoje indywidualne odczucia i opisałam moje własne doświadczenia. Dla mnie ma on wartość wspominkową, domyka też pewien okres w moim życiu i broń Boże nie jest po to, żeby kogokolwiek do czegokolwiek namawiać czy też kogokolwiek od czegokolwiek odwodzić. U Was, jeśli kiedykolwiek poddaliście się panchakarmie albo zamierzacie to zrobić, może to wyglądać zupełnie inaczej. Nie jesteśmy tymi samymi osobami i zgodnie ze starożytną mądrością ajurwedy, terapię dobiera się indywidualnie do każdego pacjenta. Pewnie będziecie mnie o to pytać, więc podaję nazwę kliniki, w której doświadczyłam panchakarmy: 5 Elements Clinic w Palolem w stanie Goa u doktorów Sanskriti i Suraja Mirashi, którym z całego serca dziękuję. Specjalne podziękowania dla Moniki, która pomogła mi w zorganizowaniu wyjazdu i wspierała w trakcie terapii.

 




© Copyright martalebre