SPRAWDZIAN Z AUTENTYCZNOŚCI


          I wyszło szydło z worka…Włochata i rozczochrana, bez stanika, niemal codziennie w tych samych ulubionych czarnych leginsach. Here I am. Wszędzie czytam, że świat tak bardzo zwolnił a ja mam wrażenie, że to jest właśnie mój rytm. 

       Nagle, ni stąd ni zowąd znalazł się czas na odpoczynek. Zniknęły listy rzeczy do zrobienia. Czytam sobie i tworzę, ale bez pośpiechu, w moim ukochanym żółwim rytmie. Przeprosiłam się z robótkami ręcznymi. Kiedyś mi się wydawało, że jak dzieła sztuki nie stworzę, to nie ma się co starać. Że może lepiej zostać przy moich “prawdziwych” talentach. A figę! Mam teraz ochotę wyrażać to, co we mnie siedzi bez oczekiwania na jakieś zapierające dech w piersiach rezultaty. Pracuję sobie zdalnie parę godzin dziennie z moimi ulubionymi alu(m)n@s. Jest dobrze, chociaż, nie ukrywam, przez Skypa trudniej wymienić się ciepłem i energią. Nagle się okazuje, że ja jednak przy całej mojej introwertycznej naturze, tęsknie za autentycznymi relacjami z ludźmi. Za najzwyklejszym w świecie byciem razem. 

          O dziwo z porządkiem w mieszkaniu nie jest tak źle, jak myślałam, że będzie. Po raz pierwszy od bardzo dawna sprzątam dla siebie. Po to żeby mnie i mojemu mężowi było miło i przytulnie. Po to żeby sprawdzać jak bardzo to, co na zewnątrz oddaje to, co w moim wnętrzu. Przy okazji ciało zsynchronizowało się z naturalnym rytmem dnia. Budzę się około szóstej bez budzika. Chodzę spać wcześniej, dzięki temu, że około 18 zaczynam powoli przechodzić w tryb spoczynkowy. Gaszę światło, eksploruję światy półmroku przy świecach i ciemności bez nich. Nieprzestymulowana głowa niemal codziennie śni a przecież jeszcze nie zrobiłam swojego łapacza snów :) Medytuję tak, jak mi w duszy gra i ciągle mam ochotę na więcej. Ćwiczę sobie bez marudzenia. Ciało, funkcjonujące non stop w tej samej ograniczonej przestrzeni , samo do tego woła. “A byś mnie tu rozciągnęła bo trochę zardzewiałem” mówi. A ja po prostu słucham...

            W przestrzeni, w której brak miliona różnych bzdurnych stymulantów i pobudzaczy, najprostsze czynności urastają do rangi rytuału. Nagle zmysły pracują inaczej, wysubtelniają się. Przede mną całe królestwo smaków, zapachów i dźwięków. Mielenie przypraw w moździerzu wyzwala we mnie pierwotne instynkty. Przydaje świętości temu, co bywało zwyczajne. Nie trzeba się już spieszyć z masażem. Można drzeć japę jak Włosi i nie tylko Włosi z balkonów. W kąpieli, przy gotowaniu, jak rozwieszam pranie. Można palić kadzidła i najzwyczajniej w świecie po prostu delektować się ich aromatem. Tylko tyle i aż tyle. Można pichcić, przenosząc do posiłku swoje wewnętrzne wyciszenie. Ja wiem, wcześniej też było można, tylko jakoś nigdy nie było na to czasu. Nie było kiedy być sobą.

                Nie zrozumcie mnie źle. Ja wiem, że to jest dla wielu osób trudny okres, że ludzie umierają, że mają poważne problemy finansowe, że narażają swoje życie w szpitalach i nie tylko. Współczuję i wspieram. Tęsknię też za kontaktem z drugim człowiekiem, z Matką Naturą, ze słońcem, ale jednocześnie czuję, że zdaję egzamin z autentyczności. I oby to nie było znane ze szkoły “zakuć, zdać i zapomnieć”.