O akceptacji będzie…Gdy znalazłam nazwę dla mojego bloga: Naturasana to przemówiła ona do mnie na wszystkich możliwych poziomach. Po pierwsze, naturasana to gra słów inspirowana hiszpańskim - językiem, którym posługuję  się na co dzień oraz jogą, bo asana to przecież jogowa pozycja. Naturasana odwołuje się do jogicznej asany rozumianej jako pozycja stabilna i komfortowa (sthira sukham asanam; Jogasutry Patandżalego, 2.46), wygodna, beznapięciowa.

    Moją niełatwą drogę do (prawie) beznapięciowej asany możecie zaobserwować na zdjęciach z różnych okresów mojej praktyki. Od napięciowego podciągania barków na pierwszym, poprzez zniecierpliwioną i napiętą twarz na drugim aż do większej wewnętrznej i zewnętrznej stabilności i pewności siebie na ostatnim, mimo słoneczka świecącego w twarz. Nie wiem na ile to widać, ale jakoże ja jestem na tych zdjęciach to po prostu wiem, pamiętam jak było. Wiem też parę innych rzeczy jak np. to, że moja praktyka to nieustanny work in progress i że dużo tam jeszcze do zrobienia. Daleko mi z jednej strony do totalnie beznapięciowego ułożenia ciała a z drugiej do całkowitego spokoju umysłu. Ale, ale… Na ostatnim zdjęciu oddycham. Na ostatnim zdjęciu robię delikatną mula bandhę i pracuję mięśniem poprzecznym, aby chronić mój wcześniej wiecznie nadwyrężany kręgosłup lędźwiowy. Na ostatnim zdjęciu już wiem, że ważniejsze od perfekcyjnego ułożenia ramion i barków jest to jak ja się z tym czuję i czy moja klatka piersiowa pozostaje otwarta, czy oddycham i czy nie generuję niepotrzebnych napięć. Joga dla mnie a nie ja dla jogi!  No i wreszcie wisienka na torcie. To że publikuje te zdjęcia jest dla mnie kolejnym krokiem w kierunku akceptacji i pokochanie siebie taką jaką jestem. Koniec z wiecznym wciąganiem brzucha! Bo zmiana zaczyna się od wewnątrz...

    To jednak jeszcze nie wszystko. Wróćmy do nazwy bloga. "Natura" oznacza  tutaj naturę jako przyrodę, ale i jako wrodzone predyspozycje. "Sana" znaczy  leczy. Dla mnie przyroda ma potężną moc uzdrawiania. Nie bez kozery na ostatnim zdjęciu sprzed zaledwie tygodnia stoję sobie w łanach wrotyczu, jednego z moich ukochanych ziół, które przyszło do mnie samo na długo przed tym zanim potrafiłam je rozpoznać. Pomogło w problemach trądzikowych i w odtruwaniu, wspomogło trawienie, oczyściło przestrzeń. Przyroda uzdrawia jeśli wpuścimy ją do swojego życia. Uziemia, uspokaja, pomaga wrócić do siebie, za co winniśmy być jej wdzięczni i ją chronić.

    I wracając jeszcze na koniec do jogi: natura rozumiana jako nasza indywidualność także leczy i chroni. Ciało niekiedy stawia w jednym miejscu opór, żeby zrekompensować ograniczenia kostno-mięśniowo-powięziowe, które po prostu mamy lub które z jakiegoś powodu nabyliśmy. Dlatego też przekraczanie oporów na siłę jest nie tylko ryzykowne ale też może być po prostu szkodliwe. Natomiast gdy pójdziemy za ciałem, zaczniemy go słuchać i miękko, nieinwazyjnie z nim pracować, wejdziemy na właściwą ścieżkę zdrowia i równowagi. Ścieżkę akceptacji...

PS Za takie a nie inne podejście do jogi jestem niezmiernie wdzięczna moim nauczycielom Agnieszka Wielobób i Maciej Wielobób. Za ostatnie zdjęcie dziękuję menina a fotografa Natalia Sajewicz. Za inspirację do napisania postu dziękuję Mai Wąsale z Dotykam Życia. Za ostatnie zdjęcie dziękuję menina a fotografa Natalia Sajewicz. Za te wcześniejsze, nieco mniej udane mężusiowi Eduardo Lebre.

© Copyright martalebre